Historia nie ma jednego właściwego punktu widzenia

- MSA 2026 – Gość Honorowy: Tajwan - 12. 06. 26

Tajwańska pisarka Liglav Awu należy do najważniejszych głosów literatury rdzennych mieszkańców wyspy. W swojej twórczości powraca do pamięci zbiorowej, doświadczenia kolonialnego i historii kobiet, które pozostawały poza wielkimi narracjami historycznymi. Z polską poetką i tłumaczką Zofią Bałdygą rozmawia o tym, dlaczego nie można mówić o jednej „literaturze rdzennej”, co znaczy dorastać pomiędzy miastem a wspólnotą plemienną i dlaczego kobieca perspektywa może zmienić nasze rozumienie historii.

Zofia Bałdyga: Wczoraj podczas pani spotkania autorskiego rozmawiałyśmy o współczesnej literaturze tajwańskiej. Gdyby miała pani opisać dzisiejszą scenę literacką na Tajwanie, jakie tematy są według pani najbardziej wyraziste?
Liglav Awu: Literatura tajwańska jest dziś bardzo różnorodna. Wyraźnie obecne są tematy genderowe i LGBT, kwestie tożsamości i oczywiście historia. Autorzy wciąż wracają do okresu japońskiej kolonizacji, do przybycia rządu Czang Kaj-szeka, a także do okresu Białego Terroru. Właśnie Biały Terror w ciągu ostatnich pięciu czy dziesięciu lat znalazł się znacznie wyraźniej w centrum uwagi literatury.
Obok tego istnieje oczywiście literatura, która nie koncentruje się na jednym problemie społecznym czy historycznym. Mamy poetów, prozaików i powieściopisarzy rozwijających przede wszystkim własny język i formę literacką. Tajwańska scena jest więc bardzo różnorodna i żywa.

Zofia Bałdyga: Kiedy pani słucham, zaskakuje mnie, jak wiele wspólnych tematów można znaleźć między Tajwanem a Europą Środkową. Tożsamość, autorytaryzm, wojna, pamięć historyczna. A przecież są to bardzo odmienne doświadczenia. Pani sama należy do rdzennej ludności Tajwanu. Czy w ogóle istnieje coś takiego jak jedna literatura rdzennych mieszkańców? Poszczególne ludy mają przecież różne języki i kultury.
Liglav Awu: Właśnie o tym od dziesięciu czy piętnastu lat bardzo intensywnie dyskutujemy. Dawniej używaliśmy wspólnego określenia „literatura rdzennych mieszkańców”. Było ono ważne przede wszystkim na zewnątrz. Potrzebowaliśmy pewnej jedności i chcieliśmy odróżnić się od głównego nurtu literatury tajwańskiej.
Stopniowo jednak coraz mocniej uświadamialiśmy sobie różnice między nami. Nasze kultury, doświadczenia i języki nie są takie same. Naszych dzieł nie da się zamknąć w jednym dyskursie.
Dlatego dziś coraz więcej autorów podkreśla konkretną tożsamość narodową czy plemienną. Ja mówię o sobie, że jestem pisarką ludu Paiwan. Inny autor powie, że jest pisarzem Bunun albo należy do innego rdzennego ludu.
To znacząca zmiana. Nie jesteśmy jedną homogeniczną grupą.

Zofia Bałdyga: Czyli określenie „literatura rdzennych mieszkańców” było w pewnym momencie ważne przede wszystkim politycznie?
Liglav Awu: Tak. Była to pewna wspólna tożsamość, którą musieliśmy stworzyć. Wobec społeczeństwa tajwańskiego chcieliśmy występować jako całość. Z czasem okazało się jednak, że różnice wewnątrz tej całości są zbyt duże, by je ignorować.
Młodsi autorzy coraz częściej mówią: jestem pisarzem Paiwan, jestem pisarzem Bunun. Podkreślają własne pochodzenie kulturowe. Nie chcą być po prostu przypisani do jednej wielkiej kategorii.

Zofia Bałdyga: Czym, według pani, literatura rdzennych ludów najwyraźniej różni się od głównego nurtu literatury tajwańskiej?
Liglav Awu: Przede wszystkim spojrzeniem na kolonizację.
Literatura rdzennych mieszkańców wciąż bardzo silnie pracuje z doświadczeniem kolonializmu. Dla nas nawet współczesne społeczeństwo tajwańskie może oznaczać kontynuację systemu kolonialnego. I właśnie tutaj pojawia się zasadnicza różnica perspektyw.
Kiedy większościowe społeczeństwo tajwańskie opowiada o swojej historii, zwykle nie postrzega samo siebie jako kolonizatora. Rdzenni mieszkańcy mogą jednak widzieć je właśnie w ten sposób.
Mówimy więc o tym samym okresie historycznym, ale patrzymy na niego z zupełnie innych miejsc. A odmienna perspektywa wpływa oczywiście także na sposób, w jaki piszemy.

Zofia Bałdyga: Mam wrażenie, że młodsze pokolenie rdzennych autorów mierzy się już z nieco innymi problemami niż poprzednie generacje.
Liglav Awu: Tak. U autorów między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia bardzo często pojawia się doświadczenie przemieszczania się między miastem a wspólnotą plemienną.
Wielu z nich dorastało w miastach, zdobyło nowoczesne wykształcenie, a potem chce wrócić do swojej pierwotnej kultury. Kiedy jednak przyjeżdżają do wspólnoty swoich przodków, miejscowi czasem postrzegają ich jako ludzi z miasta. Jako kogoś, kto już nie należy do nich w pełni.
W mieście młodzi znacznie silniej uświadamiają sobie polityczne i społeczne niesprawiedliwości wobec rdzennych mieszkańców. Chcą z nimi walczyć. Ale kiedy wracają do domu i zaczynają o tym mówić, może się okazać, że ich własna wspólnota ich nie rozumie.
Mówią po mandaryńsku, używają języka współczesnej polityki i aktywizmu, ich sposób myślenia ukształtowała miejska edukacja. Ludzie we wspólnocie czasem nie rozumieją więc, do czego właściwie młodzi dążą.
A przecież oni naprawdę chcą zrobić coś dla swojej wspólnoty.

Zofia Bałdyga: To musi rodzić szczególne poczucie podwójnego wyobcowania.
Liglav Awu: Dokładnie. W mieście jest się rdzennym mieszkańcem. Kiedy wraca się do domu, jest się z kolei człowiekiem z miasta.
Trzeba poruszać się pomiędzy dwoma środowiskami, a jednocześnie szuka się uznania własnej wspólnoty. To, moim zdaniem, jeden z najbardziej wyrazistych tematów współczesnej literatury młodych rdzennych autorów. W głównym nurcie literatury tajwańskiej takie doświadczenie nie jest szczególnie obecne.
Zofia Bałdyga: Wiąże się z tym również kwestia języka. Czy widzi pani dziś powrót do pisania w językach rdzennych?

Liglav Awu: Tak i myślę, że jest to jeden z ważnych kierunków na przyszłość.
Pojawiają się autorzy piszący w swoich językach ojczystych. Języki rdzenne zapisuje się alfabetem łacińskim i taki sposób pisania staje się na tajwańskiej scenie literackiej coraz bardziej widoczny.
Język nie jest oczywiście wyłącznie narzędziem technicznym. Kiedy młodzi autorzy zaczynają pisać we własnym języku, na nowo definiują, co znaczy być rdzennym mieszkańcem.
Nie chcą już wyłącznie wracać do smutnych historii przeszłości. Wiedzą, co się wydarzyło. Wiedzą, że nasi ludzie doświadczyli niesprawiedliwości. Część młodego pokolenia mówi jednak: nie możemy bez końca patrzeć tylko wstecz. Musimy szukać nowej drogi i nowej tożsamości.

Zofia Bałdyga: A czy do tej nowej tożsamości należy Tajwan?
Liglav Awu: To właśnie jedno z wielkich pytań.
Niektórzy młodzi autorzy uważają, że literatury rdzennych ludów i literatury tajwańskiej nie powinno się łączyć w jedną całość. Tajwańska scena literacka tradycyjnie traktuje bowiem literaturę rdzennych mieszkańców jako coś, co znajduje się wewnątrz literatury tajwańskiej. Jako jedną z jej części.
My możemy widzieć to inaczej.
Nie jesteśmy pod literaturą tajwańską. Stoimy obok niej. Z punktu widzenia kultury i literatury jesteśmy równi. Każdy ma własną tożsamość.
Dlatego istnieje różnica między zdaniem „jestem rdzenną autorką literatury tajwańskiej” a zdaniem „jestem pisarką ludu Paiwan”.
To nie są te same zdania.

Zofia Bałdyga: Jaką rolę odgrywa w tej sytuacji państwo? Czy Tajwan wspiera języki rdzenne i edukację w tych językach?
Liglav Awu: Oficjalnie tak. Tajwan prowadzi politykę językową mającą chronić języki rdzenne i odwołuje się również do międzynarodowych dokumentów dotyczących praw ludów rdzennych.
Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana.
Mniej więcej połowa rdzennych mieszkańców żyje dziś w miastach, a druga połowa w tradycyjnych wspólnotach. W niektórych eksperymentalnych szkołach na terenach rdzennych język ojczysty może być używany w znacznej części zajęć. Chodzi o to, by nie był wyłącznie przedmiotem szkolnym, lecz prawdziwą częścią codziennego życia.
W miastach sytuacja jest zupełnie inna. Dziecko może mieć dwie albo trzy godziny języka ojczystego tygodniowo. To za mało, by rzeczywiście w tym języku żyć.
I tu pojawia się paradoks. We wspólnocie ma się większą możliwość zachowania języka, ale często nie ma tam pracy ani wystarczających perspektyw dla młodych. Muszą więc wyjechać do miasta. A kiedy wyjeżdżają, ich język ojczysty zaczyna stopniowo zanikać.
Są oczywiście bardzo zaangażowani nauczyciele, dyrektorzy szkół i ludzie ze wspólnot, którzy próbują tworzyć środowisko oparte wyłącznie na języku rdzennym. Takie szkoły zaczynają powstawać również w miastach. Wciąż jest ich jednak bardzo niewiele.

Zofia Bałdyga: Chciałabym wrócić do kobiecych głosów. W Europie Środkowej w ostatnich latach bardzo wyraźnie wchodzą do literatury tematy opieki, macierzyństwa czy nierównej pozycji kobiet. Czy coś podobnego widać również na Tajwanie?
Liglav Awu: Jeśli mówimy o literaturze tajwańskiej jako całości, nie sądzę, by istniała dziś dramatyczna dysproporcja między liczbą mężczyzn i kobiet. Reprezentacja autorów i autorek jest dość wyrównana.
Pisarki wniosły jednak w ostatnich latach wiele nowych tematów. Bardzo wyraźne są kwestie LGBT, zwłaszcza doświadczenie lesbijskie. Dużo mówi się również o opiece. Właśnie opieka stała się w ciągu ostatnich dwóch lat bardzo ważnym tematem literackim.
Nie jest to jednak temat wyłącznie kobiecy. Piszą o nim także mężczyźni.
Wciąż bardzo ważna pozostaje oczywiście nierówność i społeczna pozycja kobiet. To nadal jeden z głównych tematów kobiecego pisania.

Zofia Bałdyga: A wśród autorek należących do rdzennych ludów?
Liglav Awu: Tam bardzo silne jest przede wszystkim poszukiwanie własnej tożsamości.
Proszę wyobrazić sobie kobietę, która dorastała w mieście, a teraz chce na nowo rozpoznać siebie jako Paiwan czy Atayal. Pyta samą siebie: kim jestem? Co znaczy dla mnie tradycja? Czym właściwie jest moja tradycja? Jak mogę nauczyć się jej na nowo?
A jednocześnie musi rozwiązać problem życia w mieście.
W ostatnich latach wśród młodych rdzennych autorek pojawiają się też nowe formy literackie. Niektóre piszą sztuki teatralne, scenariusze filmowe lub dokumentalne. Wcześniej nie było to szczególnie częste. Dziś widzimy kilka młodych kobiet, które właśnie poprzez dramat czy film szukają nowego sposobu wypowiedzi.

Zofia Bałdyga: Kiedy mówiła pani o pisaniu ekologicznym, znowu pomyślałam o tym, jak podobne tematy rodzą się w bardzo odległych kulturach. Także w Polsce i Czechach o ekologii pisze wiele poetek. Podobnie jest z ruchem ze wsi do miasta. U nas nie jest to doświadczenie rdzennego ludu, a mimo to bardzo często staje się właśnie kobiecym tematem.
Liglav Awu: Pisanie ekologiczne jest na Tajwanie w ostatnich dwóch latach rzeczywiście bardzo wyraziste. Autorzy obserwują przemiany lasów, krajobrazu i miast, a także zmiany klimatu. Mogą na przykład porównywać współczesne miasto z tym samym miejscem sprzed stu lat i poprzez przemianę przestrzeni opowiadać jego historię.
I tak, pisarki są w tym nurcie bardzo aktywne.
Być może właśnie literatura jest miejscem, w którym odkrywamy, że społeczeństwa mogą być historycznie i kulturowo bardzo odmienne, a mimo to rodzą się w nich podobne pytania.

Zofia Bałdyga: Na Tajwanie istnieje niewiarygodnie dużo nagród literackich. Mówiła pani, że może ich być pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt. Jak działa taki system?
Liglav Awu: Niemal każdy powiat lub miasto ma własną nagrodę literacką. Tajpej, Nowe Tajpej, Tainan, Pingtung i inne. Nagrody mają różne kategorie: poezję, prozę, powieść, literaturę dziecięcą.
Istnieją też nagrody uniwersyteckie oraz bardzo ważne konkursy organizowane przez gazety. Mamy również państwowe wyróżnienia literackie. Niektóre oceniają przede wszystkim sam tekst, inne patrzą na książkę jako całość i biorą pod uwagę także jej opracowanie graficzne.
Kiedy wszystko zsumujemy, rzeczywiście dochodzimy do pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu konkursów i nagród.

Zofia Bałdyga: Czy to już nie za dużo? Czy taka liczba konkursów nie tworzy środowiska, w którym pisarze bez przerwy ze sobą rywalizują?
Liglav Awu: To zależy od tego, o jaką nagrodę chodzi, kto zasiada w jury i jaką pozycję ma dane wyróżnienie w świecie literackim.
Niektóre nagrody są bardzo prestiżowe. Mają wymagające jury i dla młodego autora mogą być prawdziwą przepustką do literatury. Kiedy zdobywa się taką nagrodę, środowisko literackie zaczyna zwracać na człowieka uwagę.
Są też lokalne konkursy, do których niektórzy zgłaszają się przede wszystkim ze względu na nagrodę finansową. Istnieją autorzy, którzy jeżdżą od konkursu do konkursu i próbują wygrywać pieniądze.
Ale nawet tego nie musimy po prostu potępiać. Dla kogoś jest to sposób utrzymania. Pieniądze z nagrody pozwalają mu dalej pisać.
Człowiek, który chce długofalowo budować swoją pozycję pisarza, zwykle bardzo starannie wybiera konkursy, do których się zgłasza. Wie, że poszczególne nagrody mają różną wagę i znaczenie.
Zawsze trzeba więc pytać, jaki jest sens konkretnej nagrody i dlaczego autor bierze w niej udział.

Zofia Bałdyga: Na koniec chciałabym wrócić bezpośrednio do pani pisania. Często pracuje pani z przeszłością i pamięcią zbiorową. Korzysta pani również z badań terenowych i zbiera fragmenty opowieści. Gdzie dla pani kończą się badania, a zaczyna literatura?
Liglav Awu: Moje pisanie, niezależnie od tego, czy chodzi o fikcję, czy literaturę faktu, wyrasta z badań terenowych.
Podczas nich zbieram informacje i spotykam się z wieloma formami pamięci zbiorowej. Ludzie z różnych wspólnot mówią o tym samym wydarzeniu. Ich wspomnienia czasem się pokrywają, czasem różnią. To wszystko jest dla mnie materiałem, żyzną glebą dla pisania.
Moje własne doświadczenie jest pod tym względem trochę szczególne. Kiedy zaczynałam pisać, przede wszystkim próbowałam dowiedzieć się, kim właściwie jestem.
Szukając własnej tożsamości, odkrywałam historie. I poprzez te historie stopniowo budowałam świadomość tego, kim jestem.
Potem zrozumiałam, że to samo pytanie zadaje sobie wielu innych ludzi. Oni także szukają odpowiedzi na pytanie, kim są. Dlatego moje osobiste doświadczenie mogło stać się doświadczeniem wspólnym.

Zofia Bałdyga: Podobną drogę przeszło całe pokolenie rdzennych autorów. Co było inne w pani sytuacji?
Liglav Awu: Byłam kobietą.
Kiedy w latach osiemdziesiątych zaczęła się wyraźniej kształtować literatura rdzennych mieszkańców, pisarek było bardzo niewiele. Myślę, że także dlatego moje pisanie zostało zauważone.
Pisałam z kobiecej perspektywy. A ta sama historia wygląda inaczej, kiedy patrzy na nią kobieta.
Tej perspektywy trzymałam się przez całą swoją twórczość. Również w ostatniej książce patrzę na okres Białego Terroru przede wszystkim oczami kobiet – na przykład żon ofiar.

Zofia Bałdyga: Czy takie „małe”, kobiece historie mogą zmienić nasze rozumienie wielkiej historii?
Liglav Awu: Nie mogą zmienić tego, co się wydarzyło. Mogą jednak zmienić sposób, w jaki widzimy historię.
Kobiece opowieści są małymi częściami wpisanymi w wielką historię Tajwanu. Jedna historia oczywiście nie reprezentuje całej historii. Jest jak jeden kamień w znacznie większej budowli.
Kiedy jednak spojrzymy na przeszłość z innego punktu widzenia, możemy nagle zrozumieć coś, czego wcześniej nie rozumieliśmy. Możemy pojąć, dlaczego pewne rzeczy się wydarzyły i dlaczego historia potoczyła się właśnie w taki sposób.
Historia nie ma jednego właściwego punktu widzenia.
Właśnie dlatego potrzebujemy opowieści, których dotąd nie było słychać.

 

Komentáře z Facebooku

Pro správné fungování komentářů je třeba být přihlášen k Facebooku.

Loading...